Jak
tu można narzekać? Cały dzień mogę przeleżeć w łóżku
słuchając muzyki, objadając się ulubioną czekoladą, nie
wytykając sobie później, że na mnie nie spojrzy, bo pójdzie mi w
boczki lub co gorsza powie: ,,kochanie ta sukienka chyba jest Ci
trochę przyciasnawa, nie sądzisz?". O nie! Bez żadnych
skrupułów mogę delektować się każdą kostką czekolady, która
tak nieziemsko rozpływa mi się w ustach. Po ostatniej tylko się
uśmiecham i zaliczam dzień za jak najbardziej udany, ponieważ
endorfiny z czekolady znajdują się teraz we mnie, pełnej energii,
szczęśliwej i nastawionej pozytywnie do kolejnych wyzwań....
Sama
w domu? Włączam muzykę na całą parę, udaję się do kuchni i
nucąc sobie każdą piosenkę tworzę dzieła niczym kunsztu
warte..Tak..eksperymentuję i nikt ani nic nie jest w stanie mi w tym
przeszkodzić...Muzyka pomaga kreatywności, serce wyczuciu, zmysły
odpowiedniej syntezie wybranych przeze mnie komponentów...Dobry
nastrój jest podstawa, ponieważ to on pozwala mi tak swobodnie
poruszać się po wszystkich poziomach moich zmysłów począwszy od
węchu – określa nam czy dany składnik do siebie pasuje czy też
nie, następnie smak – każdy element powinien się komponować
idealnie niczym odpowiedni dobór biżuterii do sukienki wieczorowej.
No i na sam koniec zmysł wzroku – czymże byłoby danie bez
kuszącego wyglądu? Oczywiście może być smaczne i bez niego, ale
w połączeniu z pięknym przyzdobieniem, czarującym zapachem oraz
smakiem można stworzyć coś nieziemsko pysznego. Nie rzadko słyszę,
że ktoś nie umie gotować, że to takie trudne...a może po prostu
boisz się oddać rozkoszy zapachów i smaków, które unosiłyby się
po Twojej kuchni? Przy muzyce zapominasz o całym świecie skupiając
się jedynie na tym jednym daniu, które właśnie przyrządzasz.
Całe serce wkładasz w tą właśnie czynność, nie pomijając
żadnego kroku...a wynik? Zobaczysz...będzie zaskakujący...a Ty na
pewno będziesz ukontentowana.
Nie
ma chyba niczego lepszego od dnia spędzonego w dresie, bez make-upu
i pięknie ułożonych włosów...Czujesz się pięknie bez tych
wszystkich upiększaczy, jesteś nareszcie sobą pozbawiona
jakiejkolwiek maski codzienności, którą przywdziewasz każdego
dnia. Taka trochę nieogarnięta, wolna i szalona, która nie obawia
się, że nagła wizyta chłopaka w domu mogłaby przekreślić
wszystko, bo zobaczy Ciebie taką jak natura Cię stworzyła –
wyjątkową. I w tym momencie zauważasz, że stresy i spięcia
codzienności nagle po Tobie spływają, czujesz się lżejsza,
spokojniejsza, szczęśliwsza... Masz większe pole do popisu, możesz
więcej, masz mniej zmartwień i co najważniejsze mniej do
zmienienia... Bo nie oszukujmy się zawsze miałaś tyle do
zreformowania, że sama się w tym gubiłaś...a najgorsze było to,
że miałaś to robić w taki sposób, by broń Boże nie zorientował
się, że próbujesz w nim coś odmienić. Najlepiej żeby sam na to
wpadł, tzn. Żebyśmy
go nakierowały, ale w taki sposób, by myślał, że jest tak
inteligentny, że wpadł na to sam. Uffff... a oni mówią, że to
nas ciężko zrozumieć, gdzie nasze potrzeby chyba są bardziej
oczywiste niż to co siedzi w ich głowach...
Z
jednej strony unikacie, bronicie się rękoma i nogami, że nie bo to
i tamto...bo odległość, bo masz inne hobby, bo jesteś zbyt
poważna...a z drugiej utrzymujecie dalej kontakt, próbujecie się
wykazać inicjatywą pomagając w rzeczach dla nas istotnych... albo
piszecie, piszecie, piszecie i jeszcze raz piszecie...o bzdurach i co
z tego? Ważne żeby zagadać prawda? I w ten sposób pokazać wasze
przeogromne zainteresowanie. Jednak jak już dochodzi do momentu
kiedy mielibyście wyjść z inicjatywą, by zaprosić gdzieś na
jakiś spontaniczny wypad to cofacie się i niczym struś chowacie
swoje głowy w piasek...
I
jak was tu zrozumieć? Coś chcecie ale do końca nie wiecie co? To
kto w końcu jest zdobywcą a kto zdobyczą? Niby takie proste i
oczywiste, a jednak występują w przyrodzie jakieś spięcia, które
ciężko zrozumieć... Mówicie, że jesteście łowcami, ale
jednocześnie byście chcieli, by to kobieta wyszła z inicjatywą,
bo przecież jest równouprawnienie, prawda?
