niedziela, 29 listopada 2015

Je suis célibataire



Jak tu można narzekać? Cały dzień mogę przeleżeć w łóżku słuchając muzyki, objadając się ulubioną czekoladą, nie wytykając sobie później, że na mnie nie spojrzy, bo pójdzie mi w boczki lub co gorsza powie: ,,kochanie ta sukienka chyba jest Ci trochę przyciasnawa, nie sądzisz?". O nie! Bez żadnych skrupułów mogę delektować się każdą kostką czekolady, która tak nieziemsko rozpływa mi się w ustach. Po ostatniej tylko się uśmiecham i zaliczam dzień za jak najbardziej udany, ponieważ endorfiny z czekolady znajdują się teraz we mnie, pełnej energii, szczęśliwej i nastawionej pozytywnie do kolejnych wyzwań....

Sama w domu? Włączam muzykę na całą parę, udaję się do kuchni i nucąc sobie każdą piosenkę tworzę dzieła niczym kunsztu warte..Tak..eksperymentuję i nikt ani nic nie jest w stanie mi w tym przeszkodzić...Muzyka pomaga kreatywności, serce wyczuciu, zmysły odpowiedniej syntezie wybranych przeze mnie komponentów...Dobry nastrój jest podstawa, ponieważ to on pozwala mi tak swobodnie poruszać się po wszystkich poziomach moich zmysłów począwszy od węchu – określa nam czy dany składnik do siebie pasuje czy też nie, następnie smak – każdy element powinien się komponować idealnie niczym odpowiedni dobór biżuterii do sukienki wieczorowej. No i na sam koniec zmysł wzroku – czymże byłoby danie bez kuszącego wyglądu? Oczywiście może być smaczne i bez niego, ale w połączeniu z pięknym przyzdobieniem, czarującym zapachem oraz smakiem można stworzyć coś nieziemsko pysznego. Nie rzadko słyszę, że ktoś nie umie gotować, że to takie trudne...a może po prostu boisz się oddać rozkoszy zapachów i smaków, które unosiłyby się po Twojej kuchni? Przy muzyce zapominasz o całym świecie skupiając się jedynie na tym jednym daniu, które właśnie przyrządzasz. Całe serce wkładasz w tą właśnie czynność, nie pomijając żadnego kroku...a wynik? Zobaczysz...będzie zaskakujący...a Ty na pewno będziesz ukontentowana.

Nie ma chyba niczego lepszego od dnia spędzonego w dresie, bez make-upu i pięknie ułożonych włosów...Czujesz się pięknie bez tych wszystkich upiększaczy, jesteś nareszcie sobą pozbawiona jakiejkolwiek maski codzienności, którą przywdziewasz każdego dnia. Taka trochę nieogarnięta, wolna i szalona, która nie obawia się, że nagła wizyta chłopaka w domu mogłaby przekreślić wszystko, bo zobaczy Ciebie taką jak natura Cię stworzyła – wyjątkową. I w tym momencie zauważasz, że stresy i spięcia codzienności nagle po Tobie spływają, czujesz się lżejsza, spokojniejsza, szczęśliwsza... Masz większe pole do popisu, możesz więcej, masz mniej zmartwień i co najważniejsze mniej do zmienienia... Bo nie oszukujmy się zawsze miałaś tyle do zreformowania, że sama się w tym gubiłaś...a najgorsze było to, że miałaś to robić w taki sposób, by broń Boże nie zorientował się, że próbujesz w nim coś odmienić. Najlepiej żeby sam na to wpadł, tzn. Żebyśmy go nakierowały, ale w taki sposób, by myślał, że jest tak inteligentny, że wpadł na to sam. Uffff... a oni mówią, że to nas ciężko zrozumieć, gdzie nasze potrzeby chyba są bardziej oczywiste niż to co siedzi w ich głowach...
Z jednej strony unikacie, bronicie się rękoma i nogami, że nie bo to i tamto...bo odległość, bo masz inne hobby, bo jesteś zbyt poważna...a z drugiej utrzymujecie dalej kontakt, próbujecie się wykazać inicjatywą pomagając w rzeczach dla nas istotnych... albo piszecie, piszecie, piszecie i jeszcze raz piszecie...o bzdurach i co z tego? Ważne żeby zagadać prawda? I w ten sposób pokazać wasze przeogromne zainteresowanie. Jednak jak już dochodzi do momentu kiedy mielibyście wyjść z inicjatywą, by zaprosić gdzieś na jakiś spontaniczny wypad to cofacie się i niczym struś chowacie swoje głowy w piasek...


I jak was tu zrozumieć? Coś chcecie ale do końca nie wiecie co? To kto w końcu jest zdobywcą a kto zdobyczą? Niby takie proste i oczywiste, a jednak występują w przyrodzie jakieś spięcia, które ciężko zrozumieć... Mówicie, że jesteście łowcami, ale jednocześnie byście chcieli, by to kobieta wyszła z inicjatywą, bo przecież jest równouprawnienie, prawda?